Dołącz do czytelników
Brak wyników

Temat numeru

23 kwietnia 2020

NR 56 (Kwiecień 2020)

Nie taki straszny lęk
jak wspierać dzieci, kiedy się boją?

178

Pozwolę sobie zacząć od osobistej anegdoty. Moja mama (72 lata) opowiadała, że wynosząc śmieci, nie mogła poradzić sobie z drzwiami, ponieważ w jednej ręce trzymała worek, a w drugiej laskę. Z pewnej odległości przyglądał się temu młody mężczyzna, który wyznał: „Niestety, nie mogę pani pomóc, bo nie mogę się do pani zbliżyć”. Jak łatwo się domyślić, historia ta wydarzyła się w trakcie trwania pandemii koronawirusa.

To zdarzenie oczywiście można potraktować z przymrużeniem oka (jak zrobiła moja mama), ale równocześnie pokazuje ono, że w tej niecodziennej sytuacji wszyscy zaczęliśmy się bać. My, dorośli, zaczęliśmy się bać dotykać klamek, bać choroby i śmierci swojej i naszych bliskich, „ubezwłasnowolnienia” w przypadku konieczności odosobnienia, bać o przyszłość, o pracę, o zarobki. Takie reakcje, jeśli tylko nie występują w nadmiarze i nie wpływają destrukcyjnie na codzienne życie i obowiązki z nim związane, są oczywiście jak najbardziej naturalne. Powstaje jednak pytanie: w jaki sposób z lękiem radzą sobie dzieci i jak możemy je wspierać w tym procesie? One przecież widzą, że coś się dzieje – nie chodzą do przedszkola, nie mogą odwiedzić dziadków ani kolegów, a mama często dezynfekuje klamki. 

POLECAMY

Czy dzieci „boją się wirusa”?

Na potrzeby niniejszego artykułu zrobiłam „wywiad” wśród kilku koleżanek mających dzieci w wieku przedszkolnym. Pytałam, czy ich dzieci „boją się wirusa”, czy zmieniło się ich funkcjonowanie. W większości przypadków odpowiedź brzmiała, o dziwo, nie. Przeważały odpowiedzi typu: dzieci tęsknią za kolegami, złoszczą się, że nie mogą pobawić się z nimi na dworze, oraz boją się, że „nie będzie wakacji”. Jedna z mam przyznała jednak, że owszem, jej dzieci martwią się o dziadków, pytają, czy oni umrą. Można się zatem spodziewać, że gdybym zadała to samo pytanie większej liczbie osób, to proporcje byłby podobne: większość przedszkolaków potraktowałaby całą sytuację jako dodatkowe ferie, ale znalazłyby się wśród nich i takie, które bardziej „poważnie” podeszłyby do sprawy. Nie można także wykluczyć, że od momentu, w którym powstaje ten tekst, sytuacja ulegnie jeszcze większej zmianie i przestraszonych tym wszystkim dzieci będzie więcej. Spróbujmy się zatem zastanowić, co powoduje, że jedne dzieci są mniej, a drugie bardziej podatne na reagowanie lękiem w sytuacjach stresowych i co może zrobić dorosły, aby im w tym pomóc?

Lęki rozwojowe

Choć niezbyt przyjemny, kiedy nas dopada, lęk jest normalnym, naturalnym zjawiskiem. Jeśli jego nasilenie i czas trwania nie są nadmierne oraz nie uniemożliwiają realizowana podstawowych zadań życia codziennego (kontakty z rówieśnikami, uczęszczanie do przedszkola/szkoły, wizyty u lekarza itp.)1, wówczas nie świadczy jeszcze o zaburzeniu. Warto również pamiętać, że określone rodzaje lęków pojawiają się na pewnych etapach rozwoju w sposób możliwy do przewidzenia. I tak, w okresie od mniej więcej dwóch do czterech lat małe dzieci nadal (podobnie jak niemowlęta) obawiają się pozostania samemu (bez głównego opiekuna) albo w ogóle bycia samemu, ciemności oraz wszelkich nieznanych, intensywnych, nagłych doznań (dźwiękowych – hałas, np. burza; nowych osób w otoczeniu; gwałtownych ruchów, np. nagle zbliżającego się samochodu). Dzieci w tym wieku mogą także zacząć bać się zwierząt, „potworów”, a nawet śmierci. W przypadku dzieci starszych (4–6 lat) wpływ na ich podatność na lęk mają większa wiedza o świecie, lepiej rozwinięta wyobraźnia, a także trudność z odróżnieniem snów i fantazji od rzeczywistości. Sprawia to, że dzieci w tym wieku zaczynają się bać nie tylko zjawisk „spoza” ich najbliższego, bezpiecznego otoczenia (takich jak np. gabinet dentystyczny/lekarski, wojna, zgubienie się w tłumie), lecz także duchów i potworów. Mogą się też pojawić lęki społeczne związane z wyzwaniami wywoływanymi przez konieczność funkcjonowania w grupie rówieśniczej – nawiązywaniem nowych znajomości, radzeniem sobie z dokuczaniem lub faktem rozpoczęcia nauki w szkole2

Ale skąd ten lęk?

Rodzi się oczywiście pytanie o podłoże lęku, a także o indywidualne różnice między dziećmi na tym polu. Dlaczego jedne dzieci wydają się mniej, a inne bardziej podatne na reagowanie lękiem w sytuacjach stresowych? Z pewnością nie ma prostej odpowiedzi na to pytanie. Należy wziąć pod uwagę, po pierwsze, wpływ czynników wrodzonych, dziedzicznych – przede wszystkim genów oraz temperamentu – tj. określonego, wrodzonego sposobu, w jaki reagujemy na otoczenie, a w tym na nowość i nieznane. Niektóre dzieci prezentują tzw. temperament zahamowany, co oznacza, że potrzebują więcej czasu, aby oswoić się z „nowym”, są wówczas ostrożne i nieśmiałe. Nie bez znaczenia pozostaje okres ciąży – jeśli przebiega ona w stresujących dla matki warunkach, to niezależnie od jej starań na płód oddziaływać będą hormony stresu zwiększające wrażliwość układu nerwowego dziecka po narodzinach. Niespodziewane sytuacje ekstremalne (np. pożar, włamanie), względnie – szereg „mniejszych” sytuacji stresowych następujących szybko po sobie, również trzeba traktować jako czynniki wybitnie lękotwórcze. Na wszystkie te kwestie nie mamy jednak wpływu lub jest on ograniczony. Wspomnieć przy tym należy, że niebagatelną rolę odgrywa jakość relacji dziecka z opiekunem w pierwszych latach życia (tzw. przywiązanie), a w tym stopień, w jakim opiekun szanuje i akceptuje wszystkie emocje dziecka (zwłaszcza te „trudne”), budując tym samym podwaliny jego zdolności do autoregulacji i zmniejszając jednocześnie poziom pobudzenia. Kwestia jakości przywiązania, zwłaszcza w pierwszych latach życia, to jednak temat zbyt szeroki i skomplikowany, aby go teraz poruszać. Na potrzeby niniejszego artykuły chciałabym skupić się na codziennych postawach osób dorosłych względem dziecka (przede wszystkim opiekunów, ale też dalszej rodziny i nauczycieli), które mogą zarówno redukować jego lęki, jak i je wzmacniać. 

Rola dorosłych (i nie tylko)

Nieżyjący już Lawrence J. Cohen, autor fantastycznej książki Nie strach się bać, wspomina, że kiedy jego córka miała trzy lata, z niepokojem obserwował jej poczynania na placu zabaw, nieustannie przypominając jej, że ma „uważać”, chociaż wspinanie się na drabinkę najwyraźniej było dla dziewczynki świetną zabawą. Przyglądająca się temu z boku koleżanka Cohena w pewnej chwili powiedziała: „Wiesz co, Larry, łatwiej jej będzie dojść do siebie po złamaniu ręki, niż poradzić sobie z uczuciem lęku i braku pewności siebie”. Przykład ten pokazuje, że źródłem dziecięcych lęków często są dorośli, z czym Cohen się zgadza, a mówi to z perspektywy kogoś, kto sam musiał swoje obawy „przepracować”. Wszystkie emocje są „zaraźliwe”, w tym również lęk. Dorosły, który jest przekonany, że świat to generalnie niebezpieczne miejsce i że trzeba „uważać”, będzie – swoją postawą – tym, co mówi i jak się zachowuje, jak reaguje na wyzwania – przekazywał ten lęk swojemu dziecku, nawet jeśli świadomie wcale nie będzie miał takiego zamiaru. Jak to dokładnie działa? I znów odwołam się do L. Cohena, który wspomina, że jako uczeń szkoły podstawowej musiał przeprowadzić eksperyment naukowy na dowolny temat. Postanowił zatem sprawdzić, jak manifestuje się reakcja lękowa na przykładzie… kurczaków. Jednego z nich na krótko delikatnie unieruchamiał, patrząc na niego „groźnie”, a drugiemu pozwalał swobodnie biegać, obserwując jednocześnie reakcję pierwszego, unieruchomionego kurczaka. Co się okazało? Uwolniony po chwili „przestraszony” kurczak znacznie szybciej odzyskiwał spokój, jeśli mógł obserwować, że jego kolega zachowuje się normalnie. Prawdopodobnie „myślał”: „Skoro tamten kurczak nie zdradza oznak niepokoju, to musi oznaczać, że jest bezpiecznie i nie mam się czego obawiać”. Ale jeśli obydwa kurczaki pozostawały przez chwilę unieruchomione obok siebie, wówczas odzyskanie spokoju i powrót do normalnego funkcjonowania zajmował im więcej czasu. Jaki stąd wniosek? Nie tylko kurczaki (i inne zwierzęta), lecz także dzieci, kiedy się boją, szukają w otoczeniu wskazówek, które mają potwierdzić, że jest się czego bać lub nie. Dla małego dziecka pierwszą, najlepszą tego typu wskazówką jest zachowanie dorosłego – rodzica, innego opiekuna, nauczyciela. I nie chodzi tu tylko o samo zapewnienie, że „nie ma się czego bać”, ale także o zachowanie dorosłego – jego ruchy, ton głosu, spojrzenie. Często bowiem jest tak, że mówimy jedno, ale „całym sobą” przekazujemy coś zupełnie innego. A zatem, na początek, chcąc lepiej wspierać dziecko w radzeniu sobie z jego lękiem, warto przyjrzeć się własnym obawom, nazwać je i spróbować je przepracować. Opiekun, który samym sobą pokazuje dziecku: „Tak, boję się zrobić to czy tamto, ale spróbuję” jest dla dziecka znacznie lepszym wsparciem, niż ten, który unika wyzwań i nowości. 
Opisana prawidłowość nie dotyczy obserwowania przez dziecko wyłącznie rodzica, ale także innych ważnych osób w otoczeniu, w tym rówieśników. John W. Fantuzzo z Uniwersytetu Pennsylvania przyglądał się (1996) wpływowi zabawy z rówieśnikami na proces leczenia dzieci społecznie wycofanych, które doś-
wiadczyły maltretowania. Dzieci te połączono w pary z rówieśnikami, które nie wykazywały tego typu trudności. Okazało się, że dzięki temu „połączeniu” i wspólnej zabawie u dzieci wycofanych, z doświadczeniem traumy, rozwinęły się zdolności prospołeczne, zmniejszyło wycofanie i wzrosła samoocena. Jak widać, „odważnym kurczakiem” może stać się dla lękliwego dziecka praktycznie każdy, kto się nie boi i kogo ono lubi. 

Rola wyzwań

Jest zupełnie naturalne, że rodzice, generalnie świadomi zagrożeń, jakie mogą „czyhać” na dzieci, boją się o nie. Tym niemniej, nadmiernie ostrożny opiekun może mieć skłonność do ograniczania liczby wyzwań, z jakimi dziecko mogłoby się zmierzyć, oswajając tym samym swój lęk. „Skoro tak bardzo nie chce, to niech tego nie robi”, myśli dorosły. Niestety, ten sposób postępowania będzie tylko wzmacniał lęk dziecka i utwierdzał je w przekonaniu, że sobie z czymś nie poradzi (lub że jest niebezpiecznie). Aby mogło przekonać się, że „nie ma się czego bać”, dziecko musi zmierzyć się z tym, czego się obawia, i czasem, owszem, ponieść porażkę (w tym sensie, że nie od razu osiągnie swój cel, np. opanuje umiejętność, której się obawia). Nadmierne ochranianie dziecka przed wszystkim, czego się boi, zawsze przyniesie skutek odwrotny od zamierzonego. 

Ale jak to zrobić?

Łatwo powiedzieć. Wystarczy „tylko” nakłonić krzyczącego kilkulatka, aby wsiadł na rower albo pogłaskał psa sąsiadów i po sprawie. Dobra wiadomość jest taka, że choć nie jest to proste i raczej nie zdarzy się „od razu”, to jednak jest możliwe. Warto zmienić dotychczasowe nawyki (dotyczące m.in. komunikowania się z dzieckiem doświadczającym lęku, postrzegania...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 10 wydań magazynu "Wychowanie w Przedszkolu"
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych artykułów w wersji online
  • Możliwość pobrania materiałów dodatkowych
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy