Dołącz do czytelników
Brak wyników

Bajkoterapia

24 kwietnia 2020

NR 56 (Kwiecień 2020)

NAJWIĘKSZE WYZWANIA W PRACY Z BAJKĄ TERAPEUTYCZNĄ W GRUPIE PRZEDSZKOLNEJ

100
Poszukując wspólnych mianowników w funkcjonowaniu wielu przedszkoli, odnalazłam ich kilka – zarówno tych pozytywnych i miłych, jak i tych problematycznych i stanowiących nie lada wyzwanie. Niektóre z nich są dla mnie nowe, inne stanowią już dawno przetarte ścieżki. Świadczy to o zasadniczej cesze naszej pracy, jaką jest zmienność, a ta nieustannie wymaga od nauczycieli i terapeutów ciągle otwartego umysłu, kreatywności, niepopadania w schematy i rutynę.

Po wielu już spotkaniach zauważyłam, iż dzieci bardzo entuzjastycznie reagują na zajęcia z bajką. Na pierwszej wizycie było trochę „koślawo” – zarówno ja, jak i dzieci przyzwyczajaliśmy się do nowej sytuacji. Z uwagi na nauczyciela przychodzącego do nich z zewnątrz uczyły się odmiennej dynamiki i temperamentu zajęć, w kilku grupach uczyły się również nowego sposobu słuchania bajki i przepracowywania jej. Jednak z każdymi kolejnymi odwiedzinami maluchy reagowały wesoło, wołając „o, Pani Bajka!”, „a jest Grażka?!” (to moja lalka-pomocniczka), „możemy już zdjąć buty?!”, „a będzie dzisiaj masowanie apaszką?!”. Jest to wyjątkowa ocena naszych spotkań, wystawiana przez gromadę kilkulatków.
Zauważyłam również, że dzieci wykazują się bardzo dużym zaangażowaniem i zapałem. Zadają wiele pytań, mają sporo do powiedzenia, uwielbiają nadbudowywać różne elementy historii, chętnie dzielą się swoimi doświadczeniami dotyczącymi omawianych w bajce emocji, lęków czy innych poruszanych kwestii. Stwierdzenie to dotyczy części lub większości maluchów, jednak odnajduję również ciche osoby, które wolą zatrzymać swoje zdanie tylko dla siebie lub też dopiero zapytane, dzielą się nieoczekiwanie ciekawymi i bogatymi przemyśleniami (z zasady nie dopytuję nikogo, kto nie wykazuje samodzielnej inicjatywy, zakładając, że te krótkie spotkania mają być maksymalnie „podążające za dzieckiem”). Ta duża aktywność jest z jednej strony plusem, ale może być również minusem. Jeżeli zależy nam, aby każdy miał możliwość swobodnej wypowiedzi w swoim rytmie, tempie, bez poganiania, ucinania w połowie zdania, 30 minut zajęć może się okazać zdecydowanie za krótkim czasem. Warto więc okazjonalnie dokonać ponownego przewartościowania zaplanowanych aktywności, dla przykładu: rozważyć, czy warto poświęcić 5 minut relaksacji na rzecz dłuższych, swobodnych rozmów. 
Każde kolejne spotkanie z bajką wpływa korzystnie na niejedną sferę rozwojową kilkulatka. Dzięki bajkoterapii rozwija się umiejętność uważnego słuchania, co nie jest łatwą sztuką, kiedy leży się na dywanie u boku ulubionych kolegów i koleżanek. Co więcej, regularnie jest ćwiczona pamięć, szczególnie przy okazji tworzenia kolejnych bajek opowiadających o tych samych bohaterach, kiedy fabuła jest spójna i kontynuacyjna. 
Dzięki niezmiennemu schematowi zajęć, czyli takiemu, w którym zawsze występują ćwiczenia koncentracji, oddechu i relaksacji, odwraca się proporcjonalność potrzeby aktywności i „wygłupów” do wyciszenia. Dzieci przyzwyczajone do tych elementów spotkań same dopytują po bajce, czy już mogą się położyć. Zabieg ten wydłużył średni czas relaksacji z 30 sekund na pierwszym spotkaniu do 4 minut na dziesiątym na zajęciach z dziećmi w wieku od 4 do 6 lat.
Jednakże bywają takie dni, kiedy po czterech spotkaniach z bajką (czyli dwóch godzinach pracy) wychodzę o wiele bardziej zmęczona i niespokojna, niż zazwyczaj. Bywa, że główną tego przyczyną jest moje zmęczenie lub rozproszenie przez sprawy niezwiązane z pracą, bajkoterapią czy dziećmi. Bywa jednak, że negatywne oddziaływanie na ogólny przebieg zajęć mają dzieci lub nauczyciele. Łatwo wówczas o niepotrzebne zdenerwowanie, frustrację czy wręcz niechęć do dalszego opowiadania historii. Dlatego też pierwszą moją radą jest głęboki wdech. Jeżeli to nie pomaga, to jeszcze jeden, ale dłuższy i głębszy. Najlepiej jeszcze przed powiedzeniem czegoś niepotrzebnego, nie mającego sensu, a będącego jedynie wyrazem naszej bezsilności. Żartobliwy cytat, że „tylko spokój może nas uratować”, jest jak najbardziej adekwatny.
Jednym z największych utrudnień i wyzwań, jakich doświadczam w pracy bajkoterapeuty, jest fakt, iż dzieci nie są nauczone słuchania. Nie „słyszenia” – słuchania. Na pewno doświadczają Państwo takich sytuacji, kiedy dzieci, bardzo podekscytowane i zniecierpliwione, pragną jak najszybciej powiedzieć nam coś superważnego, przerywając inną wypowiedź czy opowieść. Proszenie wówczas o odczekanie chwili, aż ktoś inny skończy to, co miał do powiedzenia, zazwyczaj kończy się faktem, że dziecko słyszało, ale nie słuchało przedmówcy, tzn. słyszało mówienie i jego koniec, aby mogło wreszcie coś powiedzieć, ale nie wysłuchało treści komunikatu. To bardzo trudna do opanowania sztuka, m.in. dlatego, że słuchanie danej wypowiedzi spowoduje, iż najpewniej zapomni się o tym superważnym czymś, co koniecznie chciało się powiedzieć. Jednakże poświęcanie czasu na trening tej umiejętności przełoży się na wiele aspektów życia dziecka, a później młodego człowieka i dorosłego. Czasami może wydawać się to trudne w wielości małych głosów, które mają palącą potrzebę mówienia, a co za tym idzie – wysłuchania. Wychodzę więc z założenia, że nauka wysłuchania wypowiedzi innych, a następnie aktywne wspólne słuchanie kolejnych dzieci, choć na początku mogą zabierać dużo czasu, na pewno nie są krzywdzące ani dla mnie, ani dla dzieci. Wymaga to ode mnie niejednokrotnie optymalizacji przyjętego scenariusza zajęć oraz przyjęcia założenia, że nauka ta będzie procesem długim, ale na pewno przynoszącym w przyszłości wielostronne korzyści. 
Inną sytuacją, z którą się zmagam w pracy bajkoterapeuty, jest popadanie grupy dzieci w nadmierną „głupawkę”, zwłaszcza w trakcie wesołych zabaw lub w kontakcie z lalką-pomocniczką Grażką, która z zasady jest złośliwa, a przy tym dowcipna. Lubię rozweselać maluchy, choć czasem ich śmiech jest nienaturalny i głośny, jakby przekrzykujący się nawzajem. Dopóki nie gubię kontaktu z nimi, jest to w porządku. Jeżeli jednak nadmiernie mi to przeszkadza, chowam Grażkę za plecy (idzie spać lub z sobie tylko wiadomego powodu się obraża), nic nie mówię, przyjmuję neutralny wyraz twarzy i w ten cichy sposób tłumię zachowanie dzieci, które w końcu czują zakłopotanie. 
Można by się zastanowić, czy na pewno jest to sytuacja, którą chcemy zmienić. Być może jest to ważny moment, potrzebny do odreagowania różnych napięć czy stresów. Ponownie wymaga to od nas świeżego spojrzenia, może nawet wyjścia poza utarte schematy, pogodzenia się z takim tempem zajęć i pozwolenia na naturalne przeminięcie, być może nawet samodzielne, aktywne uruchomienie w sobie wybuchu entuzjazmu. Jest to jedno z rozwiązań, które wdrażam od niedawna, zainspirowana lekturą Uzdrawiającej siły śmiechu Eleonore Hofner. Muszę przyznać, że wychowawcy dzieci patrzą wówczas na mnie i na grupę z dużym niepokojem, niemniej jednak zauważyłam, że można czerpać z tego pewnego rodzaju przyjemność. Ogólny zarys zajęć nie jest znacząco nadwyrężony, natomiast wrażenia są zupełnie nowe. 
Kolejnym wyzwaniem w pracy z grupą dzieci są indywidualności. Jednostki, które zachowują się inaczej od pozostałych, dokuczając innym, będąc złośliwymi dla prowadzącego, odchodząc od wszystkich i zajmując się innymi rzeczami, stale zachęcając do rozmów każdego, obok kogo usiądą. W przypadku kiedy jesteśmy wychowawcami grupy, na pewno rozumiemy to dziecko, znamy powód, dla którego zachowuje się w ten czy inny sposób, i wypracowaliśmy sobie metody współpracy. Jednak mnie, jako osobie z zewnątrz, niekiedy trudno jest znaleźć idealne rozwiązanie. Najprostszą metodą jest prośba o zmianę miejsca lub słuchanie bajki z „cichego kącika”, gdzie nikt ani nic malucha nie rozprasza. Wiem jednak, że bywają dzieci, które spędzają sen z powiek i gotowe są zachowywać się na tak różne i trudne sposoby, które zagwarantują nam jeden lub dwa nowe siwe włosy. To bardzo trudne, jednak należy myśleć o 25 innych dzieciach, które zaangażowały się w słuchanie bajki i, co więcej (i może co najważniejsze), obserwują i uczą się poprzez naśladowanie, zarówno prowadzącego, jak i tego dziecka. Nie mam wówczas oporów, aby zwrócić się bezpośrednio o pomoc do wychowawcy, na szczęście oni zawsze wiedzą, co należy wówczas zrobić. 
Inną trudnością, zwłaszcza przy pierwszych spotkaniach, jest znaczący brak umiejętności skupienia uwagi dzieci. Mają w sobie wiele energii i niekiedy spokojne wysłuchanie bajki, choćby przez 10 minut, jest dla nich nie lada wyzwaniem. Najbardziej efektywnym rozwiązaniem, znanym i praktykowanym przez wszystkich nauczycieli przedszkoli, jest wprowadzanie częstszej naprzemienności zajęć. Chwila wysłuchania zamienia się szybko w zabawę ruchową. Po minutowej aktywności znowu mamy możliwość kontynuowania opowieści przez kilka minut. Z każdym kolejnym spotkaniem staram się wydłużać czas opowiadania historii, a skracać elementy ruchowe, jednak nigdy ich nie eliminując. 
Ostatnim wyzwaniem, o którym chciałam Państwu opowiedzieć, są nauczyciele. Jest to dla mnie o tyle kłopotliwa sytuacja, o ile kadra zazwyczaj jest bardzo pomocna i niewątpliwie bez niej bajkoterapeuta przyjeżdżający na zajęcia z zewnątrz nie poradziłby sobie z grupą dzieci. Zdarza się jednak, że z różnych powodów zaburzają atmosferę, na której mnie, jako prowadzącemu, szczególnie zależy. Na bajkoterapii pracuję nad ciszą, która pozwoli wszystkim w spokoju wysłuchać opowieści lub też zrelaksować się lub pomedytować na koniec spotkania. Jednak nauczyciele (oczywiście nie zawsze i nie wszędzie) prowadzą wówczas intensywną dyskusję na tematy związane z pracą lub też jedni wchodzą do pomieszczenia drugich z impetem, zarówno w zachowaniu, jak i słowie, nie zwracając kompletnie uwagi na to, co dzieje się na sali. Z mojego punktu widzenia można odnieść wrażenie, jakby leżące dzieci wsłuchujące się w muzykę relaksacyjną nie wymagały minuty zaczekania lub przynajmniej wejścia do pomieszczenia ostrożnie, przywołując drugiego nauczyciela do siebie, aby móc omówić różne sprawy za drzwiami. Rozumiem, że wynika to z pewnych przyzwyczajeń, być może również braku obecności tego charakteru zajęć w przedszkolu na co dzień lub też z niewiedzy na temat korzyści, jakie płyną z zajęć o charakterze wyciszającym. Najlepszym, wypracowanym dotąd narzędziem radzenia sobie z tą sytuacją jest przyniesienie ze sobą informacji, stworzonego na potrzeby tych zajęć „biuletynu”, który nauczyciele poznają przed pierwszym spotkaniem, a w którym zwraca się szczególną uwagę na pracę własną nad umiejętnością wyciszenia i relaksacji, zapraszając tym samym wszystkich do udziału w zajęciach i podkreślając korzyści, jakie wyniosą z nich nie tylko dzieci. 
Każda sytuacja, którą określamy jako „trudną”, wymaga od prowadzącego czujności. Niekiedy sięgamy po gotowe, wypracowane narzędzie, które niemal zawsze się sprawdza, jednak może nas zaskoczyć jego nieoczekiwana wadliwość lub kompletny brak skuteczności. Wybór zawodu osadzonego w edukacji, i do tego z najmłodszymi, daje nam szansę stałego rozwoju i poszukiwań, rozbudowywania warsztatu, podejścia wymagającego stałej refleksji i doskonalenia. Praca bajkoterapeuty ma w sobie ten sam urok, nie pozwala nam zdjąć podróżnego obuwia i usiąść spokojnie w wygodnych kapciach. Przyjmuję ten fakt jako wielki walor, dzięki któremu można stać się metaforycznym nomadą, choćby na mapie edukacji i wychowania.
Przy tej okazji pragnę Państwa zaprosić do bajki, która powstała kilka lat temu, a która z biegiem czasu uległa kilku modyfikacjom i została dostosowana do cyklu opowieści o Pandzie Takai i Kaziku. 

POLECAMY

Panda Takai, Kazik i równowaga

Pewnego wiosennego dnia Kazik wrócił do domu z przedszkola z ciekawą nowinką. Pomagając mamie w szykowaniu obiadu, opowiedział jej o pewnej sytuacji, która przydarzyła się dzisiaj jego koledze.
– Mamo, a wiesz, że Michaś przeżył dzisiaj „wytrącenie z równowagi”?
– Naprawdę? Czy raczej „został wytrącony z równowagi”?
– Trochę tak, a trochę niezupełnie tak.
– Kaziku, a skąd ty znasz takie trudne określenie? Może opowiedz mi od początku.
– Tak powiedziała dzisiaj nasza pani! Powiedziała: „Michaś, zupełnie wytrąciłeś mnie z równowagi!”.
– Acha, czyli to nie Michaś został wytrącony z równowagi, tylko on wytrącił z równowagi waszą panią Anię?
– No właśnie, czy coś w tym stylu. Trochę mnie to zdziwiło, bo dobrze wiem, że utrzymywać równowagę, to znaczy na przykład iść długo po krawężniku, bez dotykania chodnika, tak jak bawimy się czasem z tatą. 
– Masz rację, Kaziku – uśmiechnęła się mama, dodając pokrojoną przez Kazika marchewkę do zupy. – Czy myślisz jednak, że o taką równowagę chodziło waszej pani?
– Nie jestem do końca pewien. Przyglądałem się temu, ale pani Ania ani nie szła po krawężniku, ani po niczym innym, z czego mogłaby spaść, a już tym bardziej przez Michasia. 
– Słuszne spostrzeżenie. Domyślasz się, o co mogło chodzić pani Ani?
– Teraz już zupełnie nie. 
– Zobacz, Kaziku, jak gotujemy zupę. – Kazik wspiął się na palce na swoim taborecie, na którym zawsze pomagał mamie w kuchni. – Kiedy wstawiamy wodę na kuchenkę, jest jeszcze zimna, ale zależy nam na...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 10 wydań magazynu "Wychowanie w Przedszkolu"
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych artykułów w wersji online
  • Możliwość pobrania materiałów dodatkowych
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy