Dołącz do czytelników
Brak wyników

O literackiej drodze oraz najnowszej książce „Jaki znak twój”.
Rozmowa z Michałem Rusinkiem

Artykuły z czasopisma | 3 października 2018 | NR 40
352

Panie Michale, zapewne znajomość z Panią Wisławą Szymborską wpłynęła na Pana twórczość. Czy we własnych książkach dla dzieci dostrzega Pan inspiracje płynące z tej relacji? 
Prawdę mówiąc, bezpośrednich inspiracji raczej nie dostrzegam, bo Wisława Szymborska nie pisała dla dzieci (dokonała adaptacji scenicznej Byczka Fernando, ale to jej jedyny utwór dla tego typu odbiorców, zresztą prawie nieznany). Owszem, zdarzało się Wisławie Szymborskiej udzielać rad znajomym, których teksty przeczytała, ale robiła to dość rzadko. Przynosiłem jej swoje teksty tylko wtedy, kiedy o to prosiła – również teksty dla dzieci. Być może, gdyby jej się nie spodobały, zarzuciłbym pisanie. 

POLECAMY

Jako tłumacz książek dla dzieci staje Pan przed sporym wyzwaniem – jak radzi Pan sobie z koniecznością nielinearnego przekładu odległych kulturowo tekstów i dostosowaniem ich do możliwości percepcyjnych dzieci?
Staram się stosować zasadę stonogi – zasadę, którą sam wymyśliłem. Polega ona na tym, że nie zastanawiam się nad teorią tego, co wykonuję w praktyce – tak jak stonoga nie liczy swoich nóg, bo nigdzie nie dojdzie. Ufam intuicji. Uważam, że jako tłumacz powinienem stworzyć książkę, którą będzie się dobrze czytać współczesnym dzieciom. Lubię przekład intertekstualny, polegający na tym, że jeśli w tłumaczonym tekście pojawia się aluzja do innego tekstu, którego może nie znać polski czytelnik, wówczas zamieniam go na tekst powszechnie znany. Jest to przekład relacji, a nie tekstu. Jeśli to możliwe –
unikam przypisów. Żadne szanujące się dziecko nie będzie przecież czytało przypisów! 

A czy postrzega Pan siebie jako znawcę dziecięcego języka? Co jest fascynującego w mowie najmłodszych? 
Nie, nie jestem znawcą tematu. Jestem ciekawskim obserwatorem i słuchaczem. Dzieci są jedynymi prawdziwymi native speakerami, bo nie tylko posługują się językiem, ale i śmiało dodają do niego to, co jest im potrzebne. My, dorośli, chcemy, by dzieci jak najszybciej dorosły, by jak najszybciej zaczęły posługiwać się naszym językiem, bo uważamy, że jest lepszy. Tymczasem wiele byśmy się dowiedzieli i nauczyli, gdybyśmy baczniej przysłuchiwali się językowi dzieci. 

Pana utwory dla dzieci cechuje poczucie humoru oraz skłonność do językowych psikusów. Czy przewrotność słów i wplatana w teksty ironia to sposób, aby książki były też interesujące dla rodziców? 
Nie, książki dla dzieci są tak napisane, żeby przede wszystkim dzieci miały z nich pożytek poznawczy i zabawę. Do tego służy ironia i wspomniane psikusy. Natomiast zdarza mi się wplatać aluzje czytelne dla dorosłych, np. przewrotne przypisy 
w Wierszykach domowych, ale dzieci – jak już wspominałem – przypisów nie czytają.

Czy jako rodzic, a jednocześnie autor, baczniej, nieco badawczo przyglądał się Pan poczynaniom własnych dzieci? W jakim stopniu Pana opowieści odnoszą się do domowej rzeczywistości? 
Chyba wszyscy autorzy piszący dla dzieci, którzy sami mają dzieci, testują swoje książki na nich, a wcześniej czerpią inspiracje z ich poczynań. Mnie najbardziej fascynowało zdobywanie kompetencji językowych przez własne dzieci, pierwsze słowa, pierwsze próby nazwania elementów świata i opowiedzenia o sobie. W moich książkach pojawiają się jednak nie tylko obrazy dzieciństwa moich dzieci, ale także wspomnienia własnego dzieciństwa i mojej siostry, a także garść anegdot rodzinnych. Pewien nasz krewny nawet się lekko obraził, bo rozpoznał swoje życiowe perypetie w jednej z książkowych postaci…

A jak wspomina Pan swoje dzieciństwo? Czy był Pan molem książkowym?
Nie przesadzałbym. Owszem, lubiłem czytać. Czytałem pewnie nieco więcej niż moi koledzy, bo wychowywałem się w domu pełnym książek, więc czynność czytania nie była jakaś egzotyczna. Zresztą, cóż innego można było robić w latach 70. czy 80. ubiegłego wieku w Polsce? Zwłaszcza, gdy było się dzieckiem chorowitym? 

Jaka książka z najmłodszych lat szczególnie wpłynęła na Pana gusta czytelnicze?
Trudno powiedzieć. Pamiętam książki, dzięki którym przechodziłem od jednej literatury do innej. Takie były Muminki Tove Janson, po których nie chciałem już czytać książek dla dzieci; taka była Ursula LeGuin, dzięki której przeszła mi fascynacja literaturą fantasy i wszedłem w literaturę „dla dorosłych”, np. w prozę iberoamerykańską. Sporo książek odkryłem też dzięki studiom polonistycznym: Berenta, Bobkowskiego, Leo Lipskiego.   

Jak Pan myśli, czym powinna charakteryzować się książka dla dzieci, którą warto mieć w swojej biblioteczce?  
Myślę, że należy mieć w biblioteczce takie książki dla dzieci, które się nie zestarzeją razem z dziećmi, tylko spokojnie będą je mogły potem odziedziczyć wnuki itd. Są przecież takie książki wielopokoleniowe. Często są wznawiane w podobnej szacie graficznej. Skąd bierze się ich ponadczasowość?  Moim zdaniem ze sposobu, w jaki skonstruowane są postaci. Starzeją się fabuły, starzeją się światy przedstawione, ale postaci pozostają zawsze takie same, zawsze możemy się w nich rozpoznać lub się w nich zakochać.   

Są książki, które przybliżają dzieciom świat idei, opisują ważne, ale trudne tematy. W jaki sposób czytać tak wymagające pozycje? Czy komentarz rodzica jest zawsze niezbędny? 
Komentarzem bym tego nie nazwał. Raczej obecnością i rozmową. Nawet nie przy samej lekturze, ale po niej. Jeśli książka p...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 10 wydań magazynu "Wychowanie w Przedszkolu"
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych artykułów w wersji online
  • Możliwość pobrania materiałów dodatkowych
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy