Dołącz do czytelników
Brak wyników

Wywiad miesiąca

8 marca 2019

NR 45 (Marzec 2019)

Być częścią rozwiązania, a nie konfliktu

289

Rozmowa z Katarzyną Dworaczyk - mediatorką, terapeutką i trenerką komunikacji, członkinią międzynarodowego zespołu trenerów skupionych wokół Porozumienia bez Przemocy, która z elementów poznanych metod i podejść terapeutycznych stworzyła model towarzyszenia w rozwiązywaniu konfliktów SNO, sprawdzający się w przedszkolach.

Czym jest Porozumienie bez Przemocy?
To filozofia, podejście do życia. Kiedyś PbP nazywano metodą, ale to tylko połowa tej idei – technika na poziomie słów, konstruowanych komunikatów, na przykład wyrażania próśb czy wdzięczności. Druga połowa to nasze wewnętrzne nastawienie na świat i ludzi. Czy tego chcemy, czy nie, jesteśmy z tym konfrontowani przez całe życie, a to czasem bywa wyzwaniem. Ważna jest intencja, z którą mówimy to, co mówimy, i robimy to, co robimy – i tu już dotykamy wartości, które towarzyszą nam w życiu.

Czy trudno jest „nauczyć się” Porozumienia bez Przemocy i stosować jego zasady?
Technikę jesteśmy w stanie przyswoić sobie w ciągu 12 dni, po których zamiast powiedzieć: „Czy ty masz rozum?!” mówimy: „Zdenerwowałam się, kiedy zobaczyłam, że wykupiłeś wycieczkę, bo chciałabym, żebyśmy wspólnie decydowali o wydatkach” albo zamiast: „Jesteś super!” mówimy: „Bardzo mi się podoba to, że umyłaś pędzle po malowaniu. Cieszę się, gdy dbasz o swoje rzeczy”. Wydaje się to proste? Marshall B. Rosenberg, autor idei Porozumienia, mówi: „It is simple, but it is not easy” („To jest proste, ale to nie jest łatwe”). Porozumienie to też umiejętność świadomego i odpowiedzialnego wyrażania się oraz kierowania naszej energii życiowej, przenosząca uwagę z szukania winnego na szukanie rozwiązania, z interpretacji i ocen na fakty.

Jak zacząć?
Ja zaczęłam od sprawdzania, co i dlaczego mówię/robię, jaka jest moja wewnętrzna motywacja. Pamiętam, że gdy trafiłam do szkoły trenerów, 
to w teście, który rozwiązywałam: „Czy jesteś dobrą trenerką/dobrym trenerem?”, jedno z pytań brzmiało: „Czy gdy ktoś coś ci opowiada, czekasz, aż skończy, żeby mu opowiedzieć swoją historię?”. Moja odpowiedź brzmiała: „Nie wierzę… Tak!”. A myślałam o sobie jako o tej, która lubi i słucha ludzi z dużą uważnością. Tak więc najpierw: sprawdzenie intencji i oddzielenie myśli na jakiś temat od tego, co faktycznie jest, co „widzi oko kamery”. Ten pierwszy etap „spojrzenia w lustro” może być trudny.
Rosenberg mówi, że nie wymyślił niczego nowego. Zebrał jedynie to, co – jego zdaniem – wzbogaca kontakt i partnerstwo między ludźmi. Szukał odpowiedzi na pytania, czego potrzebują ludzie i co robią lub mówią, żeby to dostać.
Główne założenie Porozumienia to stwierdzenie: „Wszyscy mamy te same potrzeby”. Możemy mieć różne potrzeby aktywne (albo priorytetowe), ale nie różnimy się między sobą na tym poziomie. Ja potrzebuję kontaktu, rozwoju, bliskości, zabawy, snu, bezpieczeństwa (finansowego), ruchu i odpoczynku. Tak jak każdy inny człowiek.
I drugie ważne założenie: „Nasze potrzeby są równowartościowe, tak samo ważne”. Z tym pierwszym założeniem łatwo nam się zgodzić, prawda? Drugie jest już jednak bardziej wymagające. Jak to? Przecież w tej chwili mój odpoczynek na kanapie jest ważniejszy niż walenie dziecka w bębenek! Ja zarabiam na realizację naszych potrzeb. Nie będę efektywnie pracowała i nie będę wypoczęta na spotkaniu. No właśnie. Ciągnąc dalej ten wywód, doszlibyśmy do stwierdzenia: „Jestem ważniejsza niż moje dziecko” – a z tym już trudno się zgodzić. Według idei Porozumienia, nasza potrzeba odpoczynku i potrzeba zabawy dziecka są tak samo ważne. Odpoczynek na kanapie i walenie w bębenek teraz, w tym samym pokoju to strategie na zaspokojenie tych potrzeb. Zwolennicy Porozumienia mówią, że możemy znaleźć takie strategie, które zaspokoją potrzeby wszystkich.

POLECAMY

Co to znaczy „mieć strategię”?
To znaczy, że mając potrzebę, szukamy sposobu zadbania o nią. Jestem zmęczona – ucinam sobie drzemkę na kanapie, czytam książkę; potrzebuję się rozwijać – idę na wykład, oglądam dokument poświęcony psychoanalizie, medytuję… Jako ludzie nie różnimy się między sobą na poziomie potrzeb. Różnimy się na poziomie strategii. Jeden człowiek, kiedy jest zmęczony i potrzebuje się zrelaksować, pójdzie spać, inny zadzwoni do mamy, inny nie odbierze telefonu właśnie od mamy, a jeszcze inny pobiegnie do lasu. I to jest cudowna różnorodność. Różnorodność to nie problem do rozwiązania. Krokiem milowym w moim życiu było rozróżnienie potrzeb i strategii.

To dlaczego są konflikty i nieporozumienia?
Bo o te strategie toczymy wojny. Trzymamy się ich kurczowo i uważamy, że nasze są najlepsze, a nawet jedyne. Myślimy, że nasze strategie się wykluczają – albo „moja”, albo „twoja”. Ktoś nam mówi: „Źle się ostatnio czuję”. Co odpowiadamy? „Idź na masaż, ja byłam i naprawdę mi pomogło, na Ogrodowej są bardzo dobre masażystki z Tajlandii”. Co tu mamy? Radę – zakładamy, że wiemy lepiej, co jest dla kogoś dobre. Zakładamy, że pewnie chodzi o zdrowie, a nam to rozwiązanie pomogło. Zaczynamy opowiadać własną historię. Nie jesteśmy już „u rozmówcy”, tylko „u siebie”. Nie dowiedzieliśmy się, dlaczego ten ktoś źle się czuje. Może podjął się w pracy zadania, które go przerasta? Oczywiście, jest możliwość, że masaż tajski mu pomoże. Warto jednak pamiętać o tym, że nikt nie jest taki jak my, ma takie samo doświadczenie, przeżycia.

To co odpowiedzieć?
Wracamy do intencji. Sprawdzam u siebie. Czy chcę wiedzieć więcej? Czy chcę tej osobie opowiedzieć o tym, co mi pomogło? Czy chcę sprawić, żeby poczuła się lepiej? Czy chcę usłyszeć od niej, co mogę dla niej zrobić? Niech nasze komunikaty wypływają z naszych intencji. Możemy dostrzec, że chcemy poopowiadać o sobie i podzielić się radością z odkrycia masażu tajskiego. A możemy też dostrzec, że chcemy być wsparciem dla naszego rozmówcy – wtedy wybierzemy wysłuchanie go i komunikat będzie brzmiał: „Opowiedz mi, co takiego się dzieje…”. Z mojego doświadczenia wynika, że najbardziej priorytetową potrzebą ludzi jest potrzeba uwagi. Chcą być zauważeni, wysłuchani, bez względu na to, czy mają 3, czy 83 lata.

Dlaczego mamy „kłopot” z potrzebami?
Jak wszystko, także i to zaczyna się w dzieciństwie. Moim zdaniem, dobrze pokazuje to ten przerysowany dialog:
– Jasiu, do domu!
– A co, chce mi się jeść?
– Nie, chce ci się spać.

To inni mówią nam, czego chcemy, co czujemy, jacy mamy być i jak mamy się zachowywać. „Nie ma co ryczeć” – powszechne, prawda? Przyjrzyjmy się temu komunikatowi. To, co słyszy dziecko, to: „Mówię ci, że zareagowanie płaczem nie pasuje do wydarzenia, do którego właśnie doszło. To, co czujesz, to nie jest ból. Powinieneś zareagować inaczej, a najlepiej w ogóle nie reaguj. A już na pewno nie płaczem”. Mechanizm, który się tu pojawia, to odcięcie uczuć. „To ja nie będę czuła/czuł! To za bardzo boli, a mama i tata się złoszczą (albo karzą milczeniem, dystansem), gdy ja się złoszczę. Czyli robię coś źle. Uczucia i ich wyrażanie są złe, a ja zachowuję się nieodpowiednio”. Powrót do odczuwania emocji bywa procesem żmudnym. Porozumienie bez Przemocy zakłada, że wszystkie emocje są dobre (są, oczywiście, przyjemne i nieprzyjemne w odczuwaniu). 
Pokazują nam, że nasze potrzeby zostały spełnione lub niespełnione. Przez mocje mamy zatem dostęp do potrzeb. To taka deska rozdzielcza w samochodzie z palącymi się kontrolkami. Zielona – spokój: jestem zadowolona z pracy, mam poczucie sensu, współpracownicy są dla mnie życzliwi, zjadłam smaczne śniadanie. Czerwona – irytacja: stoję w korku,...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 10 wydań magazynu "Wychowanie w Przedszkolu"
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych artykułów w wersji online
  • Możliwość pobrania materiałów dodatkowych
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy